Something About Me


Blog

Male vs Female (17.XI.2009)
Chyba lata nie pisałem, ale naszła mnie myśl, która wynikła z coraz to poważniejszych obserwacji życia. Być może to wynika z wieku, może z mnogości ludzi, z którymi się spotykam. Cały czas staram się wytężyć ekstremalnie intelekt, żeby w abstrakcie zawrzeć główne różnice w podejściu do życia kobiet i mężczyzn. I na razie doszedłem do wniosków dotyczących następujących sytuacji:

Problemy - facet: rozwiązać, kobieta: rozrzebać
Zakupy - facet: zakupy z listy, kobieta: zakupy z listy przy okazji
Impreza - facet: zrobię z siebie głupka i zapomnę, kobieta: zapamiętam kto, gdzie i kiedy zrobił z siebie głupka

To koniec chwilowych obserwacji na ten temat.

Restauracje Warszawa (20.IV.2008)
Ten wpis będę aktualizował w ramach kolejnych wizyt. Czasem szukam miejsca gdzie są opisane różne knajpy w Wawie, ale przez takich zwykłych ludków jak ja, a nie piękne wydawnictwa odpowiednio opłacone przez właścicieli. Więc będę takie luźne moje spostrzeżenia wstawiał. No to zaczynamy:
"Mirador" - ul. Grzybowska 2
Restauracja Kręglickich. Przeciętne jedzenie, przeciętna obsługa, zbyt duży kącić dla dzieci, średnio 4/10.
"Meltemi" - ul. Drawska róg Szczęśliwickiej
Kolejna restauracja Kręglickich. Kuchnia grecka, średnia musaka, dość mała. Jagnięcina się trafiła rozgotowana lekko, średnio 4/10.
"Taqueria Mexicana" - ul. Zgody 5
W sumie to w fajnym miejscu. Zupy warte polecenia, choć bardziej ze względu na niespotykany smak niż smak wogóle. Bardzo syte. Drugim daniom czegoś brakuje, niby enchilada, niby fajitas, ale tak jakby zostały zrobione domowym wiktem. Polecam piwo z limonką. Ogólnie 5/10.
"Jajo" - ul. Zgody 3
Rewelacyjne pasty, zwłaszcza wszystkie z grzybami czy frutti di mare. Dobre miejsce na pogadanie wieczorem, choć palący potrafią zepsuć klimat. Nie jedzcie deserów. Wzięliśmy sernik i od momentu, w którym powiedziałem Edycie, że smakuje jak masło, nie potrafiła przezwyciężyć tej myśli :) Kelnerka powiedziała, że to biała czekolada, taa..., no ale co miała powiedzieć :) Niejeden sernik już zjadłem z białej czekolady, żaden nie smakował jak masło, a ciastko czekoladowe też mało gustowne, pasty, pasty, pasty. 6/10.
"ZEN Jazz Bistro" - ul. Jasna 24
W "ZEN-ie" naprawdę się starają. Kucharze robią sushi na oczach klientów, trochę się zdziwiłem jaki papier gość zobił z ogórka, miał dobry nóż. Zupy ostre, z wyraźnie zaznaczonym smakiem z kiełkami. Drugie dania - poezja z malutkim minusem (nie potrafię uzasadnić). Desery troszkę gorzej, dobre, po prostu dobre, nie mogą się równać z deserami z mojego ulubionego, niestety zlikwidowanego "Mojito". Ale ogólnie na razie lider 8/10.
"Tratoria" - ul. Warszawska 58c
Trochę bliżej Ursusa w "Galerii Gawra". Polecam zupę serowo-czosnkową z boczkiem. Pizze średnie, pasty bardzo dobre, jak również inne dania główne. Mus czekoladowy na deser bardzo dobry. Generalnie perełka na odludziu 8/10.

"Feel" Kupicha (20.IV.2008)
Ależ mnie nie było na blogu :) Taka myśl mnie naszła i nie tylko mnie, że kurka lider zespołu "Feel" ma nazwisko Kupicha, co może oznaczać dużą... hm... Co prawda ja nie mam lepiej ze względu na inicjały :), ale psiakość, jak w radio zapowiadają a teraz "Fell" Kupicha, no to różnie to można przetłumaczyć :)

Shirley Valentine (27.X.2007)
Dzisiaj byłem na 2 urodzinach Teatru Polonia na Shirley Valentine. W Polskim języku nie ma dobrego słowa na określenie tego co tam zobaczyłem, co ja mówię, tego co przeżyłem. Brak mi po prostu słów, "speechless" w angielskim jest w sam raz. Ale zacznę od początku. Kiedyś pani Krystyna Janda kojarzyła mi się tylko z nadegzaltacją wszystkiego, ale do pewnego momentu - gdy w "Dzień dobry TVN" zabaczyłem, że chce budować własny teatr. Coś mi wtedy drgnęło w głowie - "O, ta babka jest fajna" pomyślałem. Niesamowicie cenię ludzi, którzy spełaniją własne marzenia. No i z takim stanem wiedzy poszliśmy z Edytką na sztukę. Sztuka to około dwugodzinny monolog o życiu. Jest to sztuka o przemijaniu i trwaniu, o nienawiści i miłości, o braku realizacji włanych marzeń i ich spełnieniu, o facetach i kobietach, o smutku i szczęściu. Jeśli miałbym wypstrykać lekko wartość słowa "genialny", to tak, o tej sztuce i Krystynie Jandzie powiedziałbym bez wahania - genialne. Krystyna Janda w pewnym momencie osiągnęła taką łączność z widownią, że kiedy ona płakała wszystkim ciekły łzy, kiedy się śmiała wszyscy się śmiali. Nie byłem wyjątkiem. Nawet przez tysięczną sekundy nie wątpiłem, że na koniec będzie "standing ovation". Jak się popatrzyłem po sali to większość moich sąsiadów miała szkliste oczy. I jedno na koniec. Żyję generalnie po to, żeby coś przeżyć - to już wiecie. Widok płaczącej Krystyny Jandy po przedstawieniu - widok kobiety, której marzenia się spełniły odbijając się w jej łzach zabiorę ze sobą na zawsze, dziękuję za to. Brrr, nawet teraz mam ciarki :)

Tango Seduccion (24.X.2007)
Tak się fajnie złożyło, że ostatnio z Edytką udaliśmy się na Tango Seduccion. Show odbył się a jak w kongresówce dnia 20.XI.2007. To co mnie uderzyło w występie tej argentyńskiej grupy to płynność, której w Tangu ponoć nie ma być. W pewnych momentach mój umysł był perfidnie oszukiwany i wyobrażenie o ruchu mijało się z ruchem przez co czułem się dziwnie. Gibkością każda z tancerek mogłaby obdarzyć połowę kongresówki. Światła i ich gra to maestria i mówię to jako fotograf amator. Muzyka na żywo: fortepian, kontrabas, harmonia, skrzypce, gitara. Biorąc to wszystko pod uwagę miałem wrażenie, że nie oglądam przedstawienia tylko poruszający się obraz. Niesamowite... Przesłanie też było niezłe: "Tango może tańczyć każdy". Na dowód tej tezy jeden tancerz zatańczył na prostej nodze udając kulawego a inny udawał starca chwiejąc się. Generalnie chodzę na takie eventy, żeby coś przeżyć, tu 2 razy miałem ciarki i to nie wszystko... :)

Magyar, Lengyel két jó barat, egyutt harcol és issza borat (24.VIII.2007)
"Polak, Węgier dwa bratanki..." :) Tak się złożyło, że moja Edytka będąc w USA na praktykach zakumplowała się z kilkoma Węgrami i teraz często się widujemy. Mate to nieprzejednany zawodnik w konsumowaniu piwa, jak również tokaju. Nas razem na festiwalu Sziget można zobaczyć tutaj (ja z prawej :)). A propos Sziget, którego oficjalna strona jest tutaj - jakby wziąć nasz Przystanek Woodstock, mocno go skomercjalizować, ucywilizować i rozbudować wyszedłby Sziget. Sziget (czyt. Siget - Węgrzy "sz" czytają jako "s" i odwrotnie "s" jako "sz") oznacza "wyspa". W Budapeszcie jest taka wysepka, na której co roku odbywa się ta impreza. Organizacja jest perfekcyjna, dostaje się bilety w postaci opaski na rękę, ochrona jest miła, toalety w postaci toy-toy-ów zadbane. Wyspa podzielona jest na sceny, których jest ponad 10. Są sceny muzyki światowej, afrykańskiej, ostrej, scena główna etc. Całości dopełniają naprawdę dobrze dobrane eventy towarzyszące. Tym razem spotkaliśmy fajnego kolesia, który jeździ z wystawą "Show your hope". Był też masaż tajski, granie na bębnach, bungie i masa, masa innych. Ale po co się tam znalazłem? Koncet Faithless. Na wyspę dotarliśmy około 15:00, koncert zaczynał się o 21:30. Nie wiem kiedy ten czas minął. Ale przejdźmy do clue spawy. Nie jestem jakimś strasznym fanem tej kapeli, ale magia kilkunastu tysięcy ludzi plus charyzmatyczny "maxi szczur" (faktycznie nazywa się "Maxi Jazz") jak go nazywa Edytka po prostu rozwaliły mnie na amen. Tej atmosfery, ciarek i poczucia wspólnoty nie da się z niczym porównać. Było na prawdę super.
Mate don't worry you didn't understand whole story, I would like to thank you and Vera for the time we had in Budapest, it was great :).

Dragan okiełznany (25.VII.2007)
Wiecie co wam powiem? Andrzej Dragan, którego prace możecie podziwiać tutaj to jest gość. Kiedyś całą moją siłą napędową na naukę technik retuszu była właśnie ta Draganowa - "malowanie światłem". Teraz jak po 1,5 roku zrozumiałem mniej więcej o co chodzi to jest mi strasznie smutno. Już nigdy nie zdobędę tej wiedzy po raz pierwszy. Największą frajdę sprawiało mi gonienie króliczka, a nie złapanie go. Co się przy okazji nauczyłem o grafice rastrowej to moje :) To taka dygresja, trzeba sobie wyznaczyć nowe cele. Może nie związane z fotografią?...

Linguini z boczkiem, pieczarkami oraz brokułami (15.VII.2007)
Tak sobie pomyślałem, że mógłbym (zwłaszcza, że lubię gotować) podzielić się czasem jakimś przepisem, który sprawdziłem i jest rewelacyjny. Ten akurat pochodzi od szefa kuchni "Cinnamon" w Warszawie Pawła Dobrzańskiego. Co do proporcji składników to tak:
500g linguini (może być inny grubszy makaron)
250g brokułów
200g wędzonego boczku
150g pieczarek
500ml śmietany 30%
Z ciekawostek mogę dodać jak ktoś się czasem zastanawia, że duża łyżka mąki to około 18g. Wracając do przepisu to podam go tak, w jakiej kolejności ja robię wszystko. Najpierw zagotuj sobie wodę. Wodę najlepiej posolić na koniec gotowania - szybciej się wtedy ugotuje. W drugim garnku zagotuj wodę w której zblanszujesz brokuły. Dla niekumatych, zblanszować = wrzucić do gorącej wody, która się już nie gotuje. W trakcie jak wody się gotują obierz pieczarki i pokrój w plastry. Brokuły oderwij od całości na kawałki i wypłukaj, boczek pokrój w kostkę lub co tam chcesz. W międzyczasie można wrzucić (jeśli woda się gotuje) makaron oraz do drugiej wody brokuły. Makaron trzeba odcedzić zanim będzie "al dente", brokuły blanszuj 3-4 minuty. Makaron po zagotowaniu odcedź, po czym wrzuć z powrotem do garna, zalej niewielką ilością oliwy z oliwek, zamieszja i niech tak sobie stygnie. "Al dente" dla niewtajemniczonych oznacza "na ząb", czyli lekko twardy :). Na dużej patelni zaczynij smażyć na średnim ogniu pocięty boczek, dobrze jest tą dużą skórę, która zazwyczaj w boczku zostaje też dodać, a na koniec ją wywalić. Boczek praż bez żadnego tłuszczu, sam ma go sporo :). Jak boczek już będzie skwierczał i ładnie się zarumieni dodaj do niego pieczarki i podsmaż 3-4 minuty. Potem dodaj odsączone brokuły, zamieszaj i wlej śmietanę. Gotuj aż śmietana się zagotuje. Gdy śmietana się zagotuje dodaj makaron. Ponieważ makaron był "al dente" ma sporo skrobii i zagęści nam sos podczas gotowania. Można podawać z parmezanem lub dowolny startym sosem jaki masz w domu. Ja tak robię :). Oczywiście nie musisz się sztywno trzymać proporcji. Super sprawą jest, że w tym daniu czuć każdy składnik z osobna i wszystkie razem. Śmietana jest rewelacyjnym nośnikiem smaku. Smacznego :).

Liczy się to coś (21.VI.2007)
Ten wpis musiał się tu znaleźć. Jeśli nie masz dobrych słuchawek lub głośników nie czytaj dalej. Chodzi o Paul-a Potts-a, który w show telewizji brytyjskiej "Britains got talent" zaśpiewał. Najpierw zobacz jak zaśpiewał tutaj. Dla mnie po oglądnięciu tego kawałka kompletnie nieistotne jest jak gość wygląda, dlaczego sprzedaje telefony komórkowe, czy mam w lodówce jedzenie, że nie interesuję się operą - jedynie co jest istotne to to, że miałem ciarki od czubka głowy do końców palców u stóp. Parę osób wspominało mi o tym wykonaniu, ale nie zdawałem sobie sprawy kompletnie, że to tak wygląda. Jedyne co mogę dodać to fakt, że Paul wygrał ten program i zaśpiewa(ł) dla królowej brytyjskiej, jak również nagra(ł) płytę.

Nie znam zapachu koreksu :( (12.VI.2007)
Muszę się do czegoś przyznać - mam duży kompleks na punkcie mojego zamiłowania do fotografii. Przygodę z nią zacząłem od cyfry, niestety... Szkoda, że nie miałem Zenita i małej domowej ciemni. Zostałem artystycznie wykastrowany przez bezduszny świat elektroniki. Bo co może być lepszego od oczekiwania na tą jedną odbitkę, za którą zabuliło się jak za zboże. A w cyfrze nawala się w spust okradając świat z emocji - bezkarnie, bezwiewnie, bezsensownie... Już widzę jak machałbym patyczkiem z jakimś wyciętym kształtem nad maskownicą w celu uzyskania fajnych kontrastów. Niestety tak nie jest, chociaż może kiedyś zakupię jakiś 6x6. Tak czy inaczej człowiek z reguły tęskni za tym czego nie ma, nie jestem wyjątkiem.

Krótki traktat o "Seek and Destroy" (8.VI.2007)
Mogłoby się wydawać, że "Seek and Destroy" to tylko tytuł kawałka Metallica-i. Ale czyż nie byłoby to zbyt oczywiste. Dla mnie miano to jest jednym z wielu, którym określam pewien psychologiczny typ bab z tobołami w autobusie. I nie o to chodzi, że mam coś do staruszek, tym ustępuje miejsca permanentnie, chodzi mi o spocone, zdruzgotane życiem wieloryby, które taszczą za sobą pół swojego dobytku + pół okolicznego targu, nieraz żywego. I w tym galimatiasie rozróżniamy następujące typy:
Seek and destroy - tylko dwa stany emocjonalne: czuwanie i niszczenie. Po wejściu do autobusu przełącza się w stan czuwania. Jeśli zwolni się miejsce, to koniec. Na drodze od miejsca czuwania do miejsca potencjalnego spoczynku nie pozostaje nic, zgliszcza, spalone mosty, poprzewracani ludzie etc. Tłumaczyłem to kiedyś na dworcu głównym mojemu znajomemu Mate z Węgier i taki "Seek and Destroy" pojawił się... przed pociągiem. To nic, że miejsca są rezerwowane, zdreptał nas - "bo tak".
Skoczek - zauważalny często na pierwszych przystankach linii podmiejskich (siedemsetek) w Wawie. Skoczek czeka do ostatniej chwili przed zamknięciem autobusu gadając z innym osobnikiem, po czym w momencie zamykania drzwi wbija się z tobołkami w osobę/osoby stojące przy drzwiach. Kiedyś to tłumaczyłem koledze i taki skoczek się w nas wbił :).
Przyspawacz czołowy - nieważne jak długo ma jechać, jak dużo osób jest w autobusie, przyspawacz trzyma się rurki najbliższej drzwi, no matter what. Nie do zdarcia.
Jeszcze fajna mi się przypomniała opcja kiedyś na przystanku. W autobusie wysiadła elektryka i zacięły sie drzwi. No i ludzie lekka delirka, ja tam total luz. Po pięciu minutach już większa delirka, zwłaszcza u starszej części pasażerów. Naprzeciwko mnie siedział mały berbeć, pewnie niedopieszczony przez rodziców i krzyknął "Autobus się pali". Cud, że nikt nie zemdlał, ale mały chciał tylko zwrócić uwagę, bo drugim zdaniem, które wykrzyczał na cały głos było "A mój tato chrapie". Zobaczyć minę jego mamy, bezcenne :).

Naród, który myśli (7.VI.2007)
Dzisiaj utwierdziłem się po raz kolejny w przekonaniu, że kobieta to inkubator, a przynajmniej tak mi (narodowi) ciągle wpajają w TV. Uświadomiłem też sobie, że wszyscy w tym kraju są pewni swoich racji i zawsze debatują w takich gremiach, w których są zrozumieni, reszta jest fe, szatan, diabeł, etc. Sokrates co prawda mawiał "Strzeżcie się ludzi pewnych swoich racji", ale co tam. I tak mi się przypomniała pewna autentyczna historia opowiedziana bodajże przez mojego tatę. Pod kościołem w jakiejś mieścinie, już nie pamiętam nazwy, w niedziele siedziały kumy (takie stare babcie) i debatowały o jakimś argentyńskim serialu. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
Kuma1: Ale ta Konstancja nieszczęśliwa, mąż ją zdradza i nic o tym nie wie.
Kuma2: Jak to nie wie?
Kuma1: No nie oglądała pani? Nikt jej nie powiedział.
Kuma2: Przecież wie, oglądnęła sobie wczoraj w telewizorze.
Potem się dziwić, że niektórzy aktorzy mają przerysowane samochody, a wybory są czynnikiem losowym. Kocham ten kraj :).

Trochę inny język (7.VI.2007)
Kiedyś pamiętam na naszych informatycznych studiach na MIMUW wykładał nam pewien koreańczyk. Bardzo miły i mądry człowiek. Miał jedną cechę - nie wymawiał dobrze pojedyńczych liter: "zmienna N", "zmienna K" itp. W momencie jak wprowadzał zmienną do wywodu, z reguły wszyscy gubili wątek. Resztę przy odrobinie chęci można było zrozumieć. Kiedyś postanowiłem, że nie ma bata. Skupiłem się ekstremalnie i po pół godziny wykładu zacząłem rozumieć wszystko jeden do jeden. Nagle zaczepia mnie Karol (kumpel), który siedział obok mnie. Ja patrze na niego i coś jest nie tak - za nic nie mogłem zrozumieć o czym do mnie mówi, nie rozumiałem pojedynczego słowa :).

O pracy (6.VI.2007)
Otacza mnie tyle paradoksalnych sytuacji, że postanowiłem od czasu do czasu pisać swój blog. Jak wiadomo, lub nie, jestem szczęśliwym informatykiem w dużym banku. Tyle tytułem wstępu.

Greetings

Żeby Greetings nie wyglądały jak mowa pogrzebowa, ku uspokojeniu (oby, mamo nie czytaj następnego zdania) - mam się dobrze, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, żebym się nie miał :).
Pozdrawiam Edytkę ... bosh, ale was jest :) ...
Z rodziny: mamę i tatę, Krzysia i Gosię i Kamila i Filipka, młodego i Anetkę, Maćka, chrzestnego i ciocię Danusię, Marcinka i Olę, Łukasza i Gosię i Hanię, wujka Jurka jak również ciocię Zosię, prababcię Hani, babcię Edytki, Edytki rodziców, Magdę.
Z pracy: Izę, Karola i Julię, Grześka, Marysię i Michała, Tomka i Anię, Sylwię, Ewę, Mikołaja i Anię, Norberta, Ostrego, Bartka i całą naszą drużynę piłkarską :) i moje sąsiadki z pokoju obok Hanię i Martę.
Ze znajomych: Zbyszka i Gosię, Magdę, Wojtka i Emilkę i Karolinkę, Anetkę i Rafała i Wiktorię, Ewelinkę, Sabinkę, Kingę, Hajni, Mate i Verę, Monisię Zając, Pytka alias Matulkę z Janexu, gościa Mariusza Sytę, Potoka, Bogdana i Edytkę, Bigiego, Monikę i Wojtka, Asię, Zuzię, Pisarka z gromadką, Pawła i Kasię i Mikołaja, Mikołaja i Ankę, Monikę i Kacpra, Śwista, Anię, Maćka.
Oczywiście pozdrawiam również wszystkich, których moja ułomna pamięć nie pomieściła.

Znajomi, którzy też pstrykają

Moja węgierska znajoma Vera
Bliżej pracy :)Marysia
Bliżej Niemiec :) Marezzo
Bliżej mieszkania :) Julia
Jeszcze bliżej pracy :) Tomek

Plener ślubny

Z Marysią wykonaliśmy plener ślubny dla Ewy i Roberta, których serdecznie pozdrawiam. Kliknij poniższy obrazek, żeby oglądnąć całą serię.

Bliźniacze konto na plfoto.

Jeśli chcesz poczytać co inni sądzą o moich fotkach, lub co ja sądzę o fotkach innych, kliknij ikonkę poniżej.

Kontakt

Wszystkie zaprezentowane fotki są moją własnością. Nie kopiować bez zgody.
GG:607236, e-mail:plraven@gmail.com, grono.net id:35791, tel. (+48)504033123
Wojtek Ciebiera